Ludzie nie chcą zmian.
Do tak smutnych wniosków doszłam do wniosku, czytając najnowszą książkę Pawła Reszki „Mali Bogowie. O znieczulicy Polskich Lekarzy”.
Bo wbrew pozorom, czytając tę książkę myślałam nie tylko o lekarzach. Wertując tę książkę na początku i czytając na wyrywki bałam się iśc do kolejnego lekarza. Ba, jakby mój strach przed lekarzami nie był wystarczająco wielki! Pociesza mnie jedynie to, że jeśli pójdę do lekarza z córką, na pewno lepiej potraktują ładne, słodkie niemowlę niż starszą, śmierdzącą panią.
Zacznę od tego, że moja rodzina trochę przeze mnie przeżyła czasu w szpitalnych salach. Byłam słabą nastolatką, a zdarza się, że czasem jestem słabym dorosłym. Jedzie się wtedy na izbę przyjęć. Nie, nie z pierdołami. Nie dzwonię po karetkę z byle katarem, czy bólem głowy, bo karetki są teraz zbyt cenne, by wzywać je z byle powodu – np. wypisać leki, kiedy się nie chce iść do lekarza. Ludzie w ogóle nie mają poszanowania dla pracowników karetek.
Nie będę tu robić konkursu, jaka była najgorsza rzecz, jaką przeżyłam w szpitalu – do dziś żałuję, że nie złożyłam skargi mimo przeczytania książki P.Reszki. Pamiętam jednak dzień, w którym wylądowałam na SORze tracąc przytomność. Pielęgniarka razem z mamą latały za lekarzem ordynatorem, ciągnąc mnie ze sobą na wózku inwalidzkim. Czułam się, jakby zaraz moja głowa miała rozpaść się na tysiące kawałków, jednocześnie mrowiąc, nie będąc w stanie się podnieść z nieszczęsnego wózka.
Doganiamy lekarza. On patrzy na mnie, zaczyna się śmiać.
- ale jej nic nie jest. Można iść do domu.
- jak to jej nic nie jest? Ona tu zaraz odleci!
- pozdycha i przejdzie. Kroplówkę pani weźmie i do domu.
Bulwers był, przez długie lata, tym bardziej że nie były to zwykłe omdlenia. Jednak im dłużej czytam, tym bardziej rozumiem tę sytuację.
Przywołam żart z owej książki. Wychodzi lekarz na izbę przyjęć i krzyczy do wszystkich czekających „WYPIERDALAĆ! WYPIERDALAĆ!”, a pacjenci uciekają w popłochu. Ten, kto nie jest w stanie wyjść o własnych siłach, jest we właściwym miejscu i zasługuje na szybką pomoc.
Mnie się omdlewało często, ale zawsze wracałam z powrotem do żywych. I nie był to żaden problem z tarczycą, hormonami, ciśnieniem. Była to zwykła nerwica.
Dziwicie się zachowaniu lekarza, kiedy sporo takich pacjentów jak ja wali do niego drzwiami i oknami, gdy musi ratować ludzkie życie, jednocześnie będąc pomiatanym? Znoszący przytyki że je zamiast leczyć ludzi, gdy właśnie zabiera się za pierwszą kanapkę od 12 godzin?
Jak wygląda nasz system leczenia – każdy widzi. Kolejki, wkurwieni pacjenci, traktowani jak popychadło, pielęgniarki zmęczone robotą i będące na niższych gałęziach hierarchii, lekarze rezydenci bez własnego życia prywatnego, tyrający po 4 dyżury jeden za drugim, byle tylko mieć po prostu godne życie. Chyba tyle lat się uczyli tak trudnej dziedziny po to, by zarabiać więcej niż 3000 na rękę? I najciekawsze dla mnie – lekarze starsi stażem, zawodem, z prestiżem.
Można stwierdzić, że i oni byli na miejscu młodych. Oni też ciężko pracowali by być tam, gdzie są. Pamiętajmy jednak o tym, co ta książka chce nam opowiedzieć: oni uczyli się 30 lat temu, gdy sytuacja lekarzy była zupełnie inna. Gdy można było się nachapać przy przemyśle farmaceutycznym, powstawały przychodnie, gdy zawód lekarza był szanowany i prestiżowy, zamiast wyszydzany jak teraz przez znieczulicę. Oni to wszystko stracili.
Stracili, więc zrozumiałe, ze chcą się odkuć. Po co im konkurencja w postaci młodych? Na co im nowe stanowiska, skoro mogą dzięki temu brać więcej etatów, isć do tzw. „biedronki” i się więcej napchać?
Czy mogę o książce
napisać coś jeszcze?
Czyta się ją szybko, przyjemnie mimo ciężkiego tematu. Budzi we mnie jakaś nadzieję, ze być może ludzie tacy jak my dostrzegą druga stronę tego bagna, jakim jest polska służba zdrowia? Może starsi lekarze dadzą młodszym szansę? Może…
Ale powiem wam… gdy proponowałam przeczytać mojej mamie choć kilka wersów, opowiadając jej to, co ja wam teraz, usłyszałam…
„mnie to nie obchodzi, ja jestem pacjent i mnie się należy bo płacę”.
Nadzieja pryska. Po prostu w naszym kraju ludzie nie chcą się zmieniać. Starsi lekarze nie chcą się zmieniać i dawać szans młodym, pogardzając pacjentami. System nie chce się zmieniać i dawać więcej miejsc na specjalizacjach, pieniędzy, bo lepiej przecież wydać na nowe wojskowe zabawki.
I sami pacjenci, czyli my – nie chcemy się zmieniać i zobaczyć medal z drugiej strony. Jesteśmy tylko my i my.
Gdzie jest reszta?
Czyta się ją szybko, przyjemnie mimo ciężkiego tematu. Budzi we mnie jakaś nadzieję, ze być może ludzie tacy jak my dostrzegą druga stronę tego bagna, jakim jest polska służba zdrowia? Może starsi lekarze dadzą młodszym szansę? Może…
Ale powiem wam… gdy proponowałam przeczytać mojej mamie choć kilka wersów, opowiadając jej to, co ja wam teraz, usłyszałam…
„mnie to nie obchodzi, ja jestem pacjent i mnie się należy bo płacę”.
Nadzieja pryska. Po prostu w naszym kraju ludzie nie chcą się zmieniać. Starsi lekarze nie chcą się zmieniać i dawać szans młodym, pogardzając pacjentami. System nie chce się zmieniać i dawać więcej miejsc na specjalizacjach, pieniędzy, bo lepiej przecież wydać na nowe wojskowe zabawki.
I sami pacjenci, czyli my – nie chcemy się zmieniać i zobaczyć medal z drugiej strony. Jesteśmy tylko my i my.
Gdzie jest reszta?
Komentarze
Prześlij komentarz