Byłam od dziecka wielką fanką sylwestra. Sylwester tak naprawdę jarał mnie bardziej od świat bożego narodzenia, ponieważ stawiały się przede mną nowe obietnice: roku lepszego, pełniejszego niespodzianek i radości. Wszystko zaczyna się od nowa. I jeden z najważniejszych dla mnie aspektów: celebracja. Oczywiście, jako dziecko - piccolo. Gdy dorosłam, obowiązkowy był szampan, krata browarów i wino. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak ważny w rozwoju mojego alkoholizmu był sylwester. Jesteśmy nauczeni jako dzieci celebrować. Najczęściej za pomocą alkoholu. Bo czymże jest piccolo, jak nie substytutem szampana? W ten sposób, uczeni od małego wiemy, ze sylwester bez szampana (czyli ALKOHOLU) to nie sylwester. Z wielkim zdziwieniem obserwowałam ludzi, którzy w sylwestra nie robili mega giga imprezy, bo jak tak można nie celebrować tak ważnego dnia, jakim był koniec starego i początek nowego? Ale skąd to się wzięło? Oczywiscie od wzorców, jakie przekazali mi rodzice: dysfunkcy...
A może jednak jestem fatfobem? Takie myśli towarzyszyły mi od zawsze. Nie bez powodu. Zawsze zwracałam uwagę na to, że ktoś jest otyły, czy gruby i robiłam to automatycznie. Czy myślałam o tych osobach źle? Nie, raczej zauważałam fakt. Fakt jednej z najważniejszych chorób cywilizacyjnych. Czy naprawdę muszę tłumaczyć, czym grozi otyłość? Chyba nie. Chociaż skutki otyłości na wskutek powszechnej edukacji są nam znane w Polsce, to rośnie grono body positive i fatTiktokeów. Jestem ogromną fanką body positive, choć jest to dla mnie trudne. Trudne, kiedy porównuje się z koleżankami z siłowni. Trudne, gdy patrzę potem w swoje odbicie w lustrze na sali treningowej. Widzę ten brzuch, to oblazłe ciało, pełne moich kompleksów i pełne czekolady, którą wsuwam nałogowo, pełna odrazy do samej siebie. Ważę 67 kg przy 165 cm wzrostu. Nie jest to nadwaga, raczej jestem na granicy normalności z moim wskaźnikiem bmi 25 (choć nie jest to perfekcyjny wyznacznik zdrowia). I nie zrozumcie mnie źle: dla ...