Jak to mówiła moja koleżanka: "najgorsze kilkanaście miesięcy męki, też tak miałam". Tylko ze ta męka trwa u mnie od kilu lat, bo tyle czasu tu nie pisałam. Mój umysł milczy.
Jest tyle spraw, na które otworzyłam się w ciągu kilku ostatnich lat. Wydawałam się sobie kiedyś osobą otwartą, światłą, pełną ideałów, Jednak to co było wtedy to nic z porównaniem do tego, co jest teraz. Przemykają mi przed oczami miliony spraw, których jeszcze 10 lat temu nie byłam świadoma. Że skrajna otyłość to choroba a nie żadne body positive, że feministka to też wiedźma. Że jest tyle spraw, o których chciałabym pisać, a mój umysł po prostu milczy.
Milczy podczas gry w RPG, w larpy. Milczy, gdy na tik-toku mam powiedzieć coś do ludzi. Milczy, gdy nagrywam podcast. Zewsząd rozgrywa się głównie głucha cisza, która spowija moją duszę jak miękki płaszcz.
Tęskniłam za tą ciszą, której w sumie nigdy nie miałam. Za tym, by w moim umyśle nie szalał ten szum informacji, czy też dezinformacji, jakim się katowałam. Brakowało słów, bądź też wystrzeliwywałam je z siebie ze zbyt wolną prędkością, by nadążały za moimi myślami. Cały świat wydawał się kolorowy i szumny mimo depresji, którą noszę w sobie od 13 roku życia. Zawsze było coś. No właśnie, zawsze.
Przeżyłam w zeszłym roku szok, z którego do dziś nie mogę się obudzić. Jakiś marazm, coś, co nie pozwala mi żyć. To był szpital w Gnieźnie, potoczny zwany dziekanką, a potem szpital Szczecin Zdroje. Nie wiem, który z nich tak naprawdę poczynił większe szkody, ale pewne jest jedno: jestem w śpiączce.
To śpiączka moich słów, informacji, które tak chętnie gromadziłam o wszystkim wokół. Wieczny sen, wegetacja która nie pozwala się zająć czymkolwiek. Ale nie to jest najgorsze. Najgorszy jest brak słów, które zawsze tak chętnie mnie otaczały a teraz, choć zaczynają delikatnie falować, płaczę za dawno niezbadaną przeze mnie głębią, której nie potrafię odnaleźć. Nie potrafię jej już wyrażać za pomocą słów, za pomocą mego głosu, gestu, mimiki, ekspresji. Ekspresja gdzieś uleciała.
Potrafię żyć. Żyję jak drewniana lalka posadzona na krześle za biurkiem, która mechanicznie wykonuje to, co do niej należy a która jeszcze cieszy się, że ma jakiekolwiek zajęcie pracę, dach nad głową, pieniądze. Tylko moje oczy są jak malowane na drewnie właśnie: wiecznie ten sam, przygaszony wyraz, zero ekspresji moim drewnianym ciałem. Choć żyje we mnie Luxuria - moja postać z D&D, jest ona zamknięta w szklanej butelce, którą połknęłam. Jakby jej nie było.
Komentarze
Prześlij komentarz