Każdy to zna
– porządki zaczynają się wywaleniem wszystkich rzeczy i
segregowaniem na potrzebne i niepotrzebne, a kończą się na
wspominkach, pochylając się nad starociami przywracającymi
wspomnienia jak z wczoraj.
Znalazłam. Tajemniczą, skórzaną teczkę, w której trzymałam wszystkie karty postaci, które kiedykolwiek grałam podczas larpów. Około 50 postaci – różnych ras, stanów, sytuacji.
LARPy… Live action role playing. Dla mnie bardziej role playing. Odkąd zagrałam w pierwszego w życiu larpa wiedziałam, że najbardziej przemawiało we mnie wcielenie. Wcielenie się kogoś, kim nigdy nie byłam, sytuacje mojej postaci, których nigdy bym nie przeżyła. A kto wie…
Przyjaciele i sojusznicy z tawern, wrogowie, którzy wyśmiewali mnie jako kapitana gwiazdy śmierci. Moje pomysły podczas wyścigu z lożą masońską, dowodzenie grupą przestraszonych ludzi podczas apokalipsy.
I moje urojenia.
Rzadko grałam bezbarwne służące chcące tylko zabić swe księżniczki. Nie grałam złodziejaszków. Grałam bohaterami, wyrazistymi postaciami, za którymi szły tłumy. Byłam królową Kislevu, boginią Hel, upiorem w lesie, który tak naprawdę był głównym trzonem magicznej opowieści. Byłam silna, nieustraszona, mądra, charyzmatyczna. Czyli dokładnie tym, kim nie byłam w rzeczywistości.
Zawsze miałam skłonności do opowieści i ubarwiania świata. Tak bardzo nie znoszę tego, co jest wokół mnie, ze ubarwiam go na siłę. Kreowanie historii, ludzi i losów zawsze przyciągało mnie do siebie w postaci słów, które przelewałam na skrawki zeszytów szkolnych.
Z czasem moje larpy z zabawnych, ciekawych opowieści pełnych przygód stawały się moralizatorskie, mdłe i próbujące na siłę wciskać idee, które nie przemawiają do ludzi.
50 postaci… pamiętałam wszystkie losy tych postaci. Które pokochałam mocno ze względu na dobre serce, a które znienawidziłam, bo stawały się pyszne i zarozumiałe. Od pierwszej Anny, wrażliwej introwertyczki do Hel, bogini śmierci, która próbowała ratować amerykańskich bogów.
Wszystkie te postacie się zacierają w swojej początkowej atrakcyjności i chęci przygody. Przestaje się liczyć zabawa – miejsce zajmują niespełnione ambicje, ego wielkości ziarnka grochu i zbyt silna immersja.
50 postaci zostało unicestwionych w swym celu. Pomimo życia w mej pamięci.
Znalazłam. Tajemniczą, skórzaną teczkę, w której trzymałam wszystkie karty postaci, które kiedykolwiek grałam podczas larpów. Około 50 postaci – różnych ras, stanów, sytuacji.
LARPy… Live action role playing. Dla mnie bardziej role playing. Odkąd zagrałam w pierwszego w życiu larpa wiedziałam, że najbardziej przemawiało we mnie wcielenie. Wcielenie się kogoś, kim nigdy nie byłam, sytuacje mojej postaci, których nigdy bym nie przeżyła. A kto wie…
Przyjaciele i sojusznicy z tawern, wrogowie, którzy wyśmiewali mnie jako kapitana gwiazdy śmierci. Moje pomysły podczas wyścigu z lożą masońską, dowodzenie grupą przestraszonych ludzi podczas apokalipsy.
I moje urojenia.
Rzadko grałam bezbarwne służące chcące tylko zabić swe księżniczki. Nie grałam złodziejaszków. Grałam bohaterami, wyrazistymi postaciami, za którymi szły tłumy. Byłam królową Kislevu, boginią Hel, upiorem w lesie, który tak naprawdę był głównym trzonem magicznej opowieści. Byłam silna, nieustraszona, mądra, charyzmatyczna. Czyli dokładnie tym, kim nie byłam w rzeczywistości.
Zawsze miałam skłonności do opowieści i ubarwiania świata. Tak bardzo nie znoszę tego, co jest wokół mnie, ze ubarwiam go na siłę. Kreowanie historii, ludzi i losów zawsze przyciągało mnie do siebie w postaci słów, które przelewałam na skrawki zeszytów szkolnych.
Z czasem moje larpy z zabawnych, ciekawych opowieści pełnych przygód stawały się moralizatorskie, mdłe i próbujące na siłę wciskać idee, które nie przemawiają do ludzi.
50 postaci… pamiętałam wszystkie losy tych postaci. Które pokochałam mocno ze względu na dobre serce, a które znienawidziłam, bo stawały się pyszne i zarozumiałe. Od pierwszej Anny, wrażliwej introwertyczki do Hel, bogini śmierci, która próbowała ratować amerykańskich bogów.
Wszystkie te postacie się zacierają w swojej początkowej atrakcyjności i chęci przygody. Przestaje się liczyć zabawa – miejsce zajmują niespełnione ambicje, ego wielkości ziarnka grochu i zbyt silna immersja.
50 postaci zostało unicestwionych w swym celu. Pomimo życia w mej pamięci.
Komentarze
Prześlij komentarz