Tak, znów przychodzi ten moment.
Ten moment kiedy jednak ulatuje cała radość, zadowolenie. Chęć do pracy nad sobą i optymizm. Znika to wszystko raz na jakiś czas, na kilka miesięcy, a potem znów sobie wraca... Takie uroki mojej psychiki.
Jest poniedziałek wieczór, 16 czerwca. Jestem sama, w ciemnym pokoju z oknem przesłoniętym roletką, przez którą wpada nikłe dla mnie słońce. I znów krwawię... Mam w głowie zdania "Znów to zrobiłaś?!" , "obiecałaś mi że się nie okaleczysz!" "Dlaczego?".
Ciekawa jestem, które z tych zdań są prawdziwe. Gdyby inni tak martwili się o mnie, to próbowali by mnie zrozumieć choć trochę, prawda? Wczuć się w moją sytuację, wysłuchać mnie. Ale życie jak zwykle odpowiada "Helloo! A co ty innych obchodzisz? Człowiek to z natury egoista i w dupie ma problemy innych! Każdy ma na ciebie wyjebane".
Wchodzę na facebooka i przeglądam listę obecnych znajomych. 22 osoby. W tym 4 osoby bliskie mej duszy, i do żadnej nie mogę napisać. Dlaczego? Zazwyczaj mówię, ze to skomplikowane... że nie chcę zamartwiać innych (Zamartwiać? Tfu, co ja piszę. Chyba zawracać dupę, bo martwić to się raczej nie bedą o mnie). Choć sprawa prosta nie jest.
Jestem jednym z tych pechowych ludzi, którzy są tak wrażliwi, ze przez swoje przejścia nabawili się nerwicy, ot co. Jedni przechodzą ją łagodniej, mając doły, inni nie radza sobie wcale. A u Innych przeradza się w stan psychozy. Choroba cywilizacyjna , mówicie? W rzeczy samej. Nie jestem sama, ale czy to ważne w tej chwili?
Nerwica ma u mnie dość dziwny przebieg. Bywaja chwile, gdy znów staję się sobą- prawdziwą Eweliną, która chce przebywać z ludźmi, wygłupiać się, dyskutować , rozważać, i zawsze gdzieś w tej ciemnocie szukać światełka. Zazwyczaj te chwile przerywa mi mgła, która przychodzi nie wiadomo skąd, dlaczego, jakim cudem - nerwica ( w ogólnym tego słowa znaczeniu ).
Idę w tej mgle, która coraz bardziej przysłania mi cel. Czasem w tej mgle spotykam leki, czasem napady paniki, histerie, a pani złość i pan wściekłość towarzyszą mi w niej niemal zawsze. I pustka. Wieeelka pustka obejmująca mnie całą sobą. A w chwilach, gdy patrzy mi w oczy, można oszaleć...
Co wtedy robić? Zazwyczaj muszę ta mgłę przeczekać... nie pomoże mi żaden psycholog, żaden człowiek, ani żadne psychotropy. Ale cierpliwość i wzmaganie siebie w chwilach, gdy tej mgły nie ma.
Często jednak ..... skoro już przytoczyłam tu metaforę, w tej atmosferze nawdycham się tej mgły... za bardzo. Tak bardzo przesiąknięta jestem jej wilgocią, smutkiem i bólem, ze ona płynie w mych żyłach.
Chwytam wtedy żyletkę i tnę raz, drugi, trzeci.... zanim popłynie krew zaczynam czuć przyjemne pieczenie skóry. Im więcej- tym lepiej. Kwer wypływa z mych ranek niczym trucizna, która we mnie siedziała. A krew ta jest ciemna, gęsta... To wszystko wpływa na mnie jak oczyszczenie.
Kiedyś, jeszcze w czasach gimnazjum porównałam pocięcie się do... resetu komputera. Tak, posiedzę, potnę się, popłaczę... Być może nie prześpię nocy, ale potem jest już znacznie lepiej. Bywa nawet, ze mgła mija, ale rzadko.
Mimo świadomości jaki jest świat i wiemy czego oczekiwać, tli się jeszcze nadzieja. I tak jest teraz ze mną, miły czytelniku, że odważyłeś się przeczytać. Może ty jeden nie pójdziesz dalej?
Nie musisz mi współczuć. Wystarczy ze zrozumiesz istotę nerwicy - tego plugastwa, które tu opisałam.
Ten moment kiedy jednak ulatuje cała radość, zadowolenie. Chęć do pracy nad sobą i optymizm. Znika to wszystko raz na jakiś czas, na kilka miesięcy, a potem znów sobie wraca... Takie uroki mojej psychiki.
Jest poniedziałek wieczór, 16 czerwca. Jestem sama, w ciemnym pokoju z oknem przesłoniętym roletką, przez którą wpada nikłe dla mnie słońce. I znów krwawię... Mam w głowie zdania "Znów to zrobiłaś?!" , "obiecałaś mi że się nie okaleczysz!" "Dlaczego?".
Ciekawa jestem, które z tych zdań są prawdziwe. Gdyby inni tak martwili się o mnie, to próbowali by mnie zrozumieć choć trochę, prawda? Wczuć się w moją sytuację, wysłuchać mnie. Ale życie jak zwykle odpowiada "Helloo! A co ty innych obchodzisz? Człowiek to z natury egoista i w dupie ma problemy innych! Każdy ma na ciebie wyjebane".
Wchodzę na facebooka i przeglądam listę obecnych znajomych. 22 osoby. W tym 4 osoby bliskie mej duszy, i do żadnej nie mogę napisać. Dlaczego? Zazwyczaj mówię, ze to skomplikowane... że nie chcę zamartwiać innych (Zamartwiać? Tfu, co ja piszę. Chyba zawracać dupę, bo martwić to się raczej nie bedą o mnie). Choć sprawa prosta nie jest.
Jestem jednym z tych pechowych ludzi, którzy są tak wrażliwi, ze przez swoje przejścia nabawili się nerwicy, ot co. Jedni przechodzą ją łagodniej, mając doły, inni nie radza sobie wcale. A u Innych przeradza się w stan psychozy. Choroba cywilizacyjna , mówicie? W rzeczy samej. Nie jestem sama, ale czy to ważne w tej chwili?
Nerwica ma u mnie dość dziwny przebieg. Bywaja chwile, gdy znów staję się sobą- prawdziwą Eweliną, która chce przebywać z ludźmi, wygłupiać się, dyskutować , rozważać, i zawsze gdzieś w tej ciemnocie szukać światełka. Zazwyczaj te chwile przerywa mi mgła, która przychodzi nie wiadomo skąd, dlaczego, jakim cudem - nerwica ( w ogólnym tego słowa znaczeniu ).
Idę w tej mgle, która coraz bardziej przysłania mi cel. Czasem w tej mgle spotykam leki, czasem napady paniki, histerie, a pani złość i pan wściekłość towarzyszą mi w niej niemal zawsze. I pustka. Wieeelka pustka obejmująca mnie całą sobą. A w chwilach, gdy patrzy mi w oczy, można oszaleć...
Co wtedy robić? Zazwyczaj muszę ta mgłę przeczekać... nie pomoże mi żaden psycholog, żaden człowiek, ani żadne psychotropy. Ale cierpliwość i wzmaganie siebie w chwilach, gdy tej mgły nie ma.
Często jednak ..... skoro już przytoczyłam tu metaforę, w tej atmosferze nawdycham się tej mgły... za bardzo. Tak bardzo przesiąknięta jestem jej wilgocią, smutkiem i bólem, ze ona płynie w mych żyłach.
Chwytam wtedy żyletkę i tnę raz, drugi, trzeci.... zanim popłynie krew zaczynam czuć przyjemne pieczenie skóry. Im więcej- tym lepiej. Kwer wypływa z mych ranek niczym trucizna, która we mnie siedziała. A krew ta jest ciemna, gęsta... To wszystko wpływa na mnie jak oczyszczenie.
Kiedyś, jeszcze w czasach gimnazjum porównałam pocięcie się do... resetu komputera. Tak, posiedzę, potnę się, popłaczę... Być może nie prześpię nocy, ale potem jest już znacznie lepiej. Bywa nawet, ze mgła mija, ale rzadko.
Mimo świadomości jaki jest świat i wiemy czego oczekiwać, tli się jeszcze nadzieja. I tak jest teraz ze mną, miły czytelniku, że odważyłeś się przeczytać. Może ty jeden nie pójdziesz dalej?
Nie musisz mi współczuć. Wystarczy ze zrozumiesz istotę nerwicy - tego plugastwa, które tu opisałam.
Komentarze
Prześlij komentarz