Jechałam rowerem przez las. Wiatr raz po raz próbował zedrzeć z mej głowy kapelusz, a przede mną biegła droga. Dokąd? Tego nie wiem sama. Pamiętam tylko, ze przez gęste korony drzew dobijało się zachodzące słońce. Las był gęsty, mroczny.
Zrobiłam jednak głupotę. Obejrzałam się za siebie. I zamiast zobaczyć drogę, która powiedzie mnie ku czemuś nieznanemu i rozkoszować się przejażdżką, spojrzałam za siebie.
A miejsce za mną nie było przyjemne. Stamtąd nie dobijały się żadne promienie zachodzącego słońca, ani konary drzew nie wyglądały już tak przyjaźnie.
Straciłam nieuwagę i przewróciłam się.
Podobnie jest u mnie ze stosunkiem do przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.
Przeszłością jest cześć lasu, w której nie ma słońca (wschód): Ciemny, smutny i groźny dla mnie rejon, do którego bardzo rzadko wstęp ma radość. Od pewnego przyjaciela usłyszałam "Eve, w przeszłości żyją tylko demony". A kto chce oglądać demony?
Teraźniejszością jest po prostu ta ścieżka którą sobie jadę. Tu i teraz. I zależy jaka jest ta ścieżka: Czy widzimy tylko cień lasu, czy widzimy też promienie słońca?
I przyszłość. Ten tajemniczy punkt, do którego zmierzamy, nie wiedza nawet dokładnie po co, dlaczego, co tam jest. I tego nikt nigdy nie odkryje, żaden naukowiec ani wielki filozof. Bo przyszłosć masz zbadać ty. A nikt nie powiedział, ze tam koniecznie musi na ciebie czekać coś złego. Że nie ma tam słońca.
Brzmi pewnie i optymistycznie, prawda?
Och, chciałabym uwierzyć sama w takie nastawienie. Znam istotę tego poglądu. Owszem, do przeszłości zaglądamy ukradkiem, nigdy nie na długo. By zobaczyć jakie popełnialiśmy błędy i by ich nie robić nigdy więcej. Ale co jeśli ktoś ma za sobą przeszłość wyjątkowo smutną, która cały czas opętuje kogoś swymi łańcuchami? Ciężkimi łańcuchami.
Często wracam do tego, kim byłam kiedyś. Najczęściej dlatego, by zobaczyć jaka osobą na pewno nie chcę być, jakiej chcę być przeciwieństwem, gdy jednocześnie wracają wspomnienia z dawnych lat. Dźwięki, obrazy, uczucia, krzyk. Od których nie mogę się odciąć.
Zrobiłam jednak głupotę. Obejrzałam się za siebie. I zamiast zobaczyć drogę, która powiedzie mnie ku czemuś nieznanemu i rozkoszować się przejażdżką, spojrzałam za siebie.
A miejsce za mną nie było przyjemne. Stamtąd nie dobijały się żadne promienie zachodzącego słońca, ani konary drzew nie wyglądały już tak przyjaźnie.
Straciłam nieuwagę i przewróciłam się.
Podobnie jest u mnie ze stosunkiem do przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.
Przeszłością jest cześć lasu, w której nie ma słońca (wschód): Ciemny, smutny i groźny dla mnie rejon, do którego bardzo rzadko wstęp ma radość. Od pewnego przyjaciela usłyszałam "Eve, w przeszłości żyją tylko demony". A kto chce oglądać demony?
Teraźniejszością jest po prostu ta ścieżka którą sobie jadę. Tu i teraz. I zależy jaka jest ta ścieżka: Czy widzimy tylko cień lasu, czy widzimy też promienie słońca?
I przyszłość. Ten tajemniczy punkt, do którego zmierzamy, nie wiedza nawet dokładnie po co, dlaczego, co tam jest. I tego nikt nigdy nie odkryje, żaden naukowiec ani wielki filozof. Bo przyszłosć masz zbadać ty. A nikt nie powiedział, ze tam koniecznie musi na ciebie czekać coś złego. Że nie ma tam słońca.
Brzmi pewnie i optymistycznie, prawda?
Och, chciałabym uwierzyć sama w takie nastawienie. Znam istotę tego poglądu. Owszem, do przeszłości zaglądamy ukradkiem, nigdy nie na długo. By zobaczyć jakie popełnialiśmy błędy i by ich nie robić nigdy więcej. Ale co jeśli ktoś ma za sobą przeszłość wyjątkowo smutną, która cały czas opętuje kogoś swymi łańcuchami? Ciężkimi łańcuchami.
Często wracam do tego, kim byłam kiedyś. Najczęściej dlatego, by zobaczyć jaka osobą na pewno nie chcę być, jakiej chcę być przeciwieństwem, gdy jednocześnie wracają wspomnienia z dawnych lat. Dźwięki, obrazy, uczucia, krzyk. Od których nie mogę się odciąć.
Komentarze
Prześlij komentarz